Ja wiedziałam, przepowiedziałam, że od tego weekendu pogoda wreszcie się zmieni. Mam świadków, jak głosiłam tę prawdę absolutną, byłam pewna, że właśnie od tego weekendu. Skąd wiedziałam? Otóż. Mam kierowcę* (tak, własnego szofera! Ha! Co prawda tylko w piątki, ale jeżdżę takim WIELKIM samochodem, że ho ho :P). Kierowca jest bardzo fajnym, młodym, jędrnym chłopakiem i od początku naszej znajomości (połowa marca) marzył sobie, żeby zobaczyć mnie w sukience. Czekał cierpliwie na cieplejsze dni, aż się doczekał. Nadeszły kolejno: maj, czerwiec i lipiec. I nawet jeśli tydzień był ciepły, w piątek MUSIAŁ padać deszcz. Przykładowo w piątek - chyba 22.06, bo kojarzę, że miałam wpisy ze społecznej - akurat świeciło słońce. Byłam ciężko zdziwiona (no bo jak to, dzisiaj odbiera mnie Artur, a tu słońce?) ale założyłam sukienkę, niech ma. Samochód podjechał pod szkołę, wsiadam jako ta nimfa, promieniuję wdziękiem, patrzę - ZONK! Artur dzisiaj oddaje krew, dzisiaj na miejsce odwozi mnie Zbyś! :) W ubiegły piątek (13. ;P) byłam na miejscu po raz ostatni (potem od września zaczynam od nowa, powiadomię Was, kiedy zmieni się pogoda). Powiedziałam Arturowi oraz Mężczyźnie z Klatą i koleżance, która wychodzi za mąż (no, już wyszła. Wczoraj) że weekend będzie uroczy i słoneczny (czyli mam świadków!). Wyjrzyjcie za okno. Reszta wakacji bez zmian. Załamanie pogody nastąpi w drugiej połowie września, bo wtedy zaplanowałam powrót. Chyba że w pierwszym tygodniu odbierze mnie kto inny, wtedy macie tydzień gratis :)
*uczę angielskiego jako wolontariuszka osoby z zaburzeniami psychicznymi i na miejsce odwozi mnie firmowy samochód z fajnym kierowcą w środku :) A potem odwozi w dowolne miejsce Warszawy. Cudownie.
Odebrałam dzisiaj matematykę do klasy IV.
Pani przepraszała, że książka mocno sfatygowana itd. Uspokoiłam ją, że to nie ma znaczenia, bo podręcznik i tak jest dla mnie. Jej mina powiedziała mi, że jednak wszystko w porządku ze mną nie jest. Koszt książki: 6,50 zł. Widok takiej miny: bezcenny :D
Otóż, drodzy Państwo, nie ma nic gorszego w kwestii uczuć, niż miłość nieodwzajemniona. Moja miłość była odwzajemniana aż do V klasy szkoły podstawowej. Lekko zawalił mi się wtedy świat, straciłam z oczu osobę, która przybliżała mi w sposób bardzo przystępny, fascynujący mnie do tej pory, świat matematyki. Od tej pory przedmiot ten to miłość kompletnie nieodwzajemniona. Od czasu do czasu robię do niej pewne zbliżenia (jak ostatnio, kiedy Mężczyzna zakupił Zbiór zadań do klasy III i IV liceum - nie dla siebie oczywiście - spędziłam wtedy 4 dni rozwiązując logarytmy.
Logarytm - jakie fajne słowo :)).
Ostatnio dopadł mnie syndrom ryczącej trzydziechy (to dopiero za rok, ale już zaczęło się gotować pod kopułką). Łaziłam po ścianach, nie mogąc sobie znaleźć miejsca, aż w końcu... Dotarło do mnie z całą jasnością, co chcę robić przez następne 30 lat. Zajmować się matematyką. Może nie od razu profesjonalnie, akademicko itd., ale jako hobby. Przeszło jak ręką odjął. Owszem, kiedy słyszę słowa "funkcje trygonometryczne" odrzuca mnie na kilometr. Ślinię się natomiast na dźwięki: ułamki... procenty... działania z jedną i dwoma niewiadomymi... rachunek prawdopodobieństwa... Ach... :))) Taki piękny okres życia przede mną!
...zamówiłam sobie podręcznik do matematyki dla klasy IV szkoły podstawowej... Regresja, mówiłam. Będę miała rozrywkę na kawałek lipca. Czatuję też na V i VI klasę - Mała (już nie taka mała) idzie do VI klasy - trzeba będzie jej delikatnie wyjaśnić, że matematyka jest piękna, wspaniała oraz fascynująca :] Ciekawe, jak to zniesie :]
przede mną ostatni egzamin z pasjonującego przedmiotu pod tytułem Historia myśli psychologicznej. FAS-CY-NU-JĄ-CE doprawdy. Historia przestała należeć do moich ulubionych przedmiotów w 6. klasie podstawówki, kiedy nasza pani poszła uczyć w LO (do którego później trafiłam, ale na panią już mi się nie udało). Dodajmy jeszcze, że TA historią, którą mam dzisiaj zdawać, ma wiele wspólnego z filozofią. Ujmijmy to w ten sposób: jest to powtórka z najbardziej zakręconej filozofii jaką znam. A jak wiemy, filozofia też należy do przedmiotów, których unikam jak mogę.
Jeśli przez ten własnie przedmiot będę miała zawalone wakacje, chyba ogolę się na łyso albo zreanimuje swoje 5 dziurek w prawym uchu i powsadzam sobie w nie agrafki - jak w liceum. To się nazywa REGRESJA (cofnięcie do wcześniejszych zachowań, często infantylnych :D).
Siedzę właśnie u M., bo dzisiaj mamy egzamin z klasyfikacji zaburzeń psychicznych i licytujemy się, kto MA więcej ;) No bo na ten przykład, ja posiadam dystymię (przewlekle obniżony nastrój), depresję, tudzież osobowość schizotypową, dyssocjalną (niedostosowaną społecznie. ale ja to miałam już od urodzenia), ego-dystoniczną oraz neurastenię (ale ładnie brzmi :) Nigdy nie wiedziałam co to, a to po prostu przewlekłe zmęczenie. Mam to od liceum :P).
M. natomiast posiada w swoim wachlarzyku zaburzeń agorafobię (ja też mam! Jak wchodzę do Agory, dostaję duszności ;P), depresję, schizofrenię, chyba wymieniła również dystymię oraz osobowość zależną i wycofującą się. Z tymi dwoma ostatnimi tezami się zgodzę, bo siedzę u niej po to, żeby mi się przed egzaminem nie rozpadła. Bywam tu tak częstym gościem, że nawet jej dziki kot zaczyna mnie akceptować (wczoraj kiedy jadłam kolację, oparł mi się łapami o udo i miłośnie patrzył w oczy, dopóki nie rzuciłam mu kawałka sera). A dzisiaj mi się przyśniło, że kot zaakceptował mnie całkowicie i NAWET DO MNIE PRZEMÓWIŁ. Jak dobrze, że to był tylko sen (bo chyba był??), bo musiałabym sobie zdiagnozować również schizofrenię.
Podsumowanie Pani M.: obie mamy pierdolca.
Moje: właściwe kobiety na właściwych studiach :] (kto lepiej zrozumie wariata niż inny wariat? A?)
Update:
SMS to Pan M.: klasyfikacja poszła marnie. poprawka w środę. PS. wiem, że mi nie wierzysz :P
SMS from Pan M.: aha, czyli pewnie dostaniesz 4. PS. racja, nie wierzę Ci :P
mam 4 :)
jednak pękłam. Chcę-mieć-już-sesję, a najbardziej to chcę-już-być-po-sesji.
Znów najgorsze jest czekanie. Czekanie na sesję, czekanie na wyniki, czekanie na wpis.
Właściwie to dwa pierwsze czekania są najgorsze :) Zaoczni mają przed sobą tylko jeden egzamin. Dzienni mają przed sobą 3 egzaminy. Ja mam 5, ale ja zawsze byłam nadgorliwa oraz nadambitna. Było zostać na zaocznych, przede mną byłby tylko egzamin z człowiekiem legendą (robi pogrom wraz z rzezią niewiniątek, zajebiście)
NIECHSIĘJUŻZACZNIETASESJA, bo chyba wyjdę z siebie i stanę obok.
Wszyscy wkoło trzęsą już portkami przed zbliżającą się sesją, wymieniają materiałami i przeciekami, więc podjęłam pierwsze kroki w celu jej zaliczenia.
Zaczęłam w środę, 23.05.2007 r. Godziny wieczorne. Książka potrzebna do nauki różnic indywidualnych została zlokalizowana na półce, a nawet z tej półki zdjęta. Następnie chodziłam z nią po mieszkaniu (zapewne szukając dobrego miejsca do nauki), potem zrobiło się późno i poszłam spać.
Czwartek, 24.05.2007r.
Rozdziały które należy przeczytać, zostały w książce odnalezione.
Zrobiło się późno, poszłam spać.
Piątek, 25.05.2007r.
Za chwilę przychodzi młodzież żądna wiedzy statystycznej (udzielam korków :)). Młodzież wyjdzie ok. 21:00 (przynajmniej tak twierdzi, chociaż ja nie sądzę, żeby ktoś był w stanie znieść 4 godziny statystyki...). Zrobi się późno, pójdę spać.
Wrócę do książki w poniedziałek, kiedy już objadę Częstochowę (sobota), oblecę taniec indyjski oraz po tańcu wprowadzę kolejną przedstawicielkę młodzieży w tajniki statystyki (niedziela do późnych godzin wieczornych).
Książka leży rozdziawiona na właściwym rozdziale i czule się do mnie uśmiecha. Całe szczęście, że temat bardzo, bardzo ciekawy, więc jestem dobrej myśli. A teraz poszłabym spać (to chyba jakiś mechanizm obronny - ostatnio miałam to na Klasyfikacji zaburzeń psychicznych. Zdiagnozowałam już u siebie m. in. schizofrenię oraz inne wesołe zaburzenia. Psychologia jest wielka, drogie dzieci).
7 godzin w dusznym pociągu to przeżycie niezapomniane... ale warto było :)
W sobotę rano (no dobra, w południe) biegiem zwiedziliśmy kawałek Wrocławia, a w drodze powrotnej zakupiliśmy wałówę na wieczorne, urodzinowe ognisko Księżniczki Sylwusi. Ogniska nie było. W zastępstwie był grill. Siedzieliśmy nad wodą i popychaliśmy pierdoły, a co bardziej muzykalni z nas (nie ja) próbowali coś tam śpiewać. Kiedy się ściemniło i oziębiło, przenieśliśmy imprezę do domu, gdzie Księżniczka S. w kuchni stanowczo i zdecydowanie oświadczyła mi, że w ten bolesny dzień postanowiła urąbać się na sztywno. Nie wiem, czy zamiar wprowadziła w życie, bo nie chciałam przeszkadzać swą nieatrakcyjną towarzysko osobą (nie pije, nie pali i nawet prawa jazdy nie ma, to nie odwiezie) we wprowadzaniu tego postanowienia w czyn, więc grzecznie zasnęłam. Obudziłam się o uroczej godzinie 6:00, godzinę później niż padł ostatni uczestnik imprezy. Zawsze mówiłam, że jestem społecznie niedostosowana. Potem nastąpiło kolejne urocze 7 godzin w dusznym pociągu, 5 godzin snu, oraz poranny, poniedziałkowy wykład. Tym razem nie miałam ani serca, ani siły lansować się w pierwszym rzędzie, tym bardziej, że ani mój wygląd, ani napis na bluzce (Your lips keep moving, but all I can hear is BLAH BLAH BLAH - i tego dnia była to święta prawda :D) nie znalazłby zrozumienia u profesora. Przeniosłam się w górne rewiry auli, by przekimać na blacie, natomiast w wykładzie aktywnie uczestniczył mój dyktafon. Na deser: Księżniczka Sylwusia i ja

oraz ja w ukradzionym na sekundkę diademie Księżniczki :)

PS. Zapomniałam dodać. Na śniadanie jedliśmy danie godne księżniczki - kwiaty bzu oraz akacji (ja miałam dość już po dwóch porcjach z bzem) smażone w cieście naleśnikowym. I ŻYJEMY :D

Dawno nie byłam we Wrocławiu. W ten weekend odwiedzę jeszcze Częstochowę oraz Warszawę - w niedzielę będę w trzech różnych miastach, oczywiście nie jednocześnie^^. Odkryłam niedawno, że jestem robocopem, więc w poniedziałek po tym szalonym weekendzie zajrzę również na poranny wykład.
A na razie...
...Żeby słońce było jak wieeelka dynia...
Urodzinowy standardzik dla Księżniczki Sylwusi :)